|
Blog > Komentarze do wpisu
Nasza Kl... ubowa Kasa... czyli (już nie) wszyscy jesteśmy trenerami.
Każdy z nas to zna, nie? Wszyscy wiemy, że gdyby w tamtym meczu trener X wpuścił na boisko zawodnika Y, na pewno byśmy wygrali. Albo gdyby prezes Z przed sezonem zamiast obrońcy M ściągnął skrzydłowego N i nigdy nie sprzedawał napastnika O... Niestety (tfu tam: niestety, na szczęście!) mało kto dysponuje funduszami pozwalającymi na samodzielny zakup jakiegokolwiek klubu, czy też kwalifikacjami trenerskimi. Stąd też do niedawna podobne dywagacje kończyły się wraz z zamknięciem knajpy, względnie ginęły w gąszczu internetowych for, lub co najwyżej służyły za pożywkę kolejnym wersjom historii alternatywnej tworzonym za pomocą Football Managera.
Jednakowoż jakiś czas temu grupka zapaleńców wpadła na iście rewolucyjny pomysł. Jak w każdej rewolucji, założenia były szczytne. Demokracja dla kibiców! Rejestrujesz się w necie, płacisz niedużą kwotę i hajda, już jesteś właścicielem (czy też, bardziej precyzyjnie, jednym z właścicieli) klubu piłkarskiego. A jako taki masz wpływ na wszystko, co się w i z tymże klubem dzieje, łącznie nawet ze składem na następne spotkanie. Co prawda tu i ówdzie odzywały się głosy sceptycznie nastawionych ekspertów (Martin Samuel sarkastycznie stwierdził, iż domena twórców inicjatywy zamiast ‘MyFootballClub’ zwać się powinna ‘YourFootballClubScrewed’), ale rewolucjonistów to nie zrażało. Tłumaczyli wszem i wobec, że to idzie nowe, które wyprze spróchniałe stare, że ten z nami, ten przeciw nam i tym podobne farmazony, jak to zwykle w takich przypadkach bywa. Po zebraniu funduszy rozejrzeli się za klubem, za którego pomocą ponieśliby rewolucyjny płomień. Padło na Ebbsfleet United, angielskiego piątoligowca z długą, acz obiektywnie rzecz biorąc niezbyt obfitującą w sukcesy historią. I tak oto małemu klubikowi, który przez kilkadziesiąt (czy nawet sto parę, licząc Gravesend i Northfleet) lat pałętał się po niższych rejonach wyspiarskiego futbolu przyciągając ledwie kilkuset widzów, przybyło ponad trzydzieści tysięcy „kibiców”. Oczywiście, nie żeby frekwencja na Stonebridge Road jakoś znacząco wzrosła. Przytłaczająca większość nowych „właścicieli” The Fleet nigdy nie przekroczyła „swojego” stadionu. Co może i dobrze. Jego oficjalna pojemność to bodaj 5011 miejsc... Z początku wszystko – znów: jak w każdej rewolucji – szło świetnie. Inicjatywa wywołała pokaźny oddźwięk na całym świecie. Jakiś robespierre rodem z Izraela bodajże postulował nawet, aby każdy klub piłkarski na świecie zarządzany był tak, jak Ebbsfleet. A Ebbsfleet chapnął nawet jakiś pomniejszy puchar. Co poniektórym zaczęło się wydawać, że oto naprawdę mamy świt nowego piłkarskiego świata. Do czasu. Zaprzyjaźniony z No Właśnie! Portal Kibica (polecam gorąco!) informował niedawno tu i tu, że Ebbsfleet znajduje się na skraju plajty. Podczas lektury tych doniesień naszła mnie taka refleksja: Po pierwsze, cóż, ja wiedziałem, że tak będzie. Związek kibica z klubem zawsze wydawał mi się podobny relacjom damsko-męskim. I tak, jak aby zacząć się na poważnie z kimś spotykać, trzeba wyjść z wirtuala do reala, tak też nie da się na stałe wiązać z klubem, którego stadion ogląda się wyłącznie na odległość (często liczoną w tysiącach kilometrów). Nie dostrzegają tego dzieci „kibicujące” najróżniejszym Barcelonom i Liverpoolom (żeby jasność była: takim dzieckiem można być zdrowo po osiemnastce). Nie dostrzegli też twórcy MyFootballClub. Bez problemu można kupić seks, czy – jak się okazuje – możliwość uczestnictwa w życiu jakiegoś klubu. Ale głębsze (i trwalsze!) relacje są nienabywalne. Po drugie, historia MyFootballClub jako żywo kojarzy mi się z przeróżnymi portalami społecznościowymi. Paręnaście miesięcy temu moja przyjaciółka z licealnej ławki napisała mi coś takiego: Z., jest taka śmieszna stronka, Nasza Klasa się nazywa, rejestruj się tam szybko! Z początku też było sympatycznie. Spotkania po latach (co z tego, że tylko w wirtualu?), ochy, achy i inne takie. I szał, który ogarnął całą Polskę. W tej chwili forum mojej klasy drga jeno przy okazji jakichś świąt... pees. Ten koleś z Izraela to jednak był robespierdek. środa, 22 kwietnia 2009, albiceleste10
Komentarze
meszesz
2009/04/23 14:56:36
Słusznie. Najpierw jest klub, a potem zostaje się jego kibicem. Nie na odwrót. Mimo to sama idea jest, jak w przypadku socios, szczytna. Pytanie o zakres ich wolności i aktywności. Nie wydaje mi się, żeby takie przedsięwzięcie w Polsce miało szanse na dłuższą metę. Musieliby naprawdę kupę pieniędzy wpakować i w sport, i w wizerunek.
2009/04/23 18:33:57
@ Meszesz:
Co do socios, to wg. mnie jest to najrozsądniejsza struktura własności klubu, jaką do tej pory wymyślono. Demokracja? Pewnie, ale ujęta w sensowne ramy. W żadnym zdrowym państwie nie może być tak, że los każdej ustawy decyduje się w referendum, bo przecież groziłoby to totalnym paraliżem. Niechże więc sobie kibice-obywatele rządzą w klubie, byle na rozsądnych zasadach. Niech powierzają swą władzę w ręce wybranego w wolnych wyborach kadencyjnego zarządu. Dla mnie jest to naprawdę rozwiązanie bliskie ideału. No i niech to będą prawdziwi kibice konkretnego klubu. Wyczytałem u Was, że członków MyFootballClub jest circa tylu, ilu socios Athletiku Bilbao. Tyle tylko, że ci drudzy byli, są i będą. Dla nich to jest kultura, podczas gdy dla tych pierwszych zabawa w Hattricka na żywca to jedynie moda. A modą się łatwo znudzić. Dlatego też nie wierzę, aby podobny projekt miał szanse powodzenia czy to w Polsce, czy gdziekolwiek indziej... 2009/04/26 16:08:57
Co do socios, ja akurat na 100% tego nie popieram, naprawdę podoba mi się to ze kibice maja duży wpływ na klub dzięki temu co ileś tam lat. No ale cala ta 'zabawa' przed wyborami przypomina mi kampanie wyborcze polityków w Polsce. Naprawdę to jest żałosne, ja kupie tego tamtego - to na Ciebie zagłosujemy bo Ty kupisz tego tamtego.
to normalnie jak na targu. No a gdzie w takim razie miejsce dla logiki, rozumu ale przede wszystkim STABILIZACJI klubu ?? przecież co ileś lat kupowanie hurtem 'gwiazd' kończy się fatalnie i Real jest tego świetnym przykładem. Jak dla mnie jednak lepszym wyborem jest prezes, który oczywiście musi być oddany klubowi a nie jakimś facetem z wybujałym ego który postanowił sobie kupić zabawkę(tylko teraz większy ma kasy jak lodu to i zabawka większa) no i oczywiście prezes nie możne zwalniać trenerów jak rękawiczki ;) bo wtedy stabilności tez żadnej. ..Nie dostrzegają tego dzieci kibicujące najróżniejszym Barcelonom i Liverpoolom (żeby jasność była: takim dzieckiem można być zdrowo po osiemnastce)... -- prosiłbym o skonkretyzowanie tych 'kibiców' bo nie wiem czy myślimy o tych samych, bo chciałbym wiedzieć co jest złego w tych kibicach którzy jeżdżą za tymi klubami co jakiś czas na stadion domowy i wyjazdy, a że jest tego mniej niż 50meczy w sezonie to znaczy że są gorsi i że nie noga się nazywać kibicami?? 2009/04/26 23:17:04
@ Roo:
cala ta 'zabawa' przed wyborami przypomina mi kampanie wyborcze polityków w Polsce. Naprawdę to jest żałosne, ja kupie tego tamtego - to na Ciebie zagłosujemy bo Ty kupisz tego tamtego. to normalnie jak na targu. Pełna zgoda, ale wg. mnie działa to w ten sposób jedynie w Realu Madryt, który jest przykładem zupełnie nie rzutującym na resztę. Bo tam, jak mi się zdaje, te cyrki biorą się nie tyle ze struktury własności klubu, co z mentalności jego kibiców i ludzi z nim związanych. Wszystkie te farmazony o tym, że nie wystarczy wygrywać, trzeba jeszcze wygrywać pięknie etc., etc. "Kibicowska demokracja" działa w większości klubów hiszpańskich (a może nawet we wszystkich, ale nie jestem tego na 100% pewien). Podobny system obowiązuje także w wielu klubach niemieckich. I jakoś nie wydaje mi się, aby gdziekolwiek oprócz Realu działy się podobnie zabawne historie. prezes, który oczywiście musi być oddany klubowi a nie jakimś facetem z wybujałym ego który postanowił sobie kupić zabawkę(tylko teraz większy ma kasy jak lodu to i zabawka większa) no i oczywiście prezes nie możne zwalniać trenerów jak rękawiczki ;) bo wtedy stabilności tez żadnej. No i właśnie tu jest problem. Bo jeśli jedynym warunkiem, jaki trzeba spełnić, żeby zostać prezesem klubu, jest posiadanie odpowiedniej ilości hajsu, lub - co gorsza - zdolność zaciągnięcia odpowiednio wysokiego kredytu, to taki klub automatycznie staje się łakomym kąskiem dla przeróżnych "zabawkowiczów". Spójrz na EPL. Są bogaci wujkowie z Rosji, Stanów, Arabii, był nawet z Islandii jeden. Abramowiczowi i tak idzie znacznie lepiej, niż się spodziewałem. Poza tym, on chyba naprawdę lubi futbol. Glazer kieruje klubem, który i bez niego sobie poradzi. Los Leeds MU raczej nie grozi. Ale reszta? Czy panowie Hicks i Gillett stanowią wg. Ciebie cokolwiek w okolicach wzoru stabilnego właściciela klubu? A ci szejkowie z Arabii, którzy z rozbrajającą szczerością twierdzą, że na piłce jeszcze niedawno nie znali się nic-a-nic? A ich poprzednik, ten szemrany politykier z Tajlandii? Pomijam już ewenementy typu ciapowaty Mike Ashley... Zresztą, po co się czepiać tylko Wyspiarzy, popatrzmy na krajowe podwórko: ile klubów skrzywdził podczas swej, pożal się Boże, działalności w polskiej piłce Antonio de Demencia Ptaquinho? A jak sądzisz, dokąd Wojciechowski doprowadzi Polonię? Bo jak na moje, już niedługo da się przemianować jego firmę na J.W. Destruction, jeśli nie J.W. Demolition... Takiego prezesa nie wybraliby sobie żadni socios. A jeśli by wybrali, no cóż, sami sobie winni... prosiłbym o skonkretyzowanie tych 'kibiców' bo nie wiem czy myślimy o tych samych, bo chciałbym wiedzieć co jest złego w tych kibicach którzy jeżdżą za tymi klubami co jakiś czas na stadion domowy i wyjazdy, a że jest tego mniej niż 50meczy w sezonie to znaczy że są gorsi i że nie noga się nazywać kibicami?? Powoli:) Chodzi mi o ludzi, którzy... a zresztą, zobrazuję Ci to na przykładzie;) Miałem kiedyś w robocie takiego koleżkę, który mienił się być zagorzałym kibicem Chelsea i generalnie wielkim miłośnikiem futbolu. Całe to jego kibicowanie i miłośnictwo rozpoczęło się tak jakoś na początku sezonu 2004/5, kiedy to do CFC trafił Mourinho. Koleżka wcześniej nie miał za bardzo pojęcia o istnieniu takiego klubu, jak Chelsea. Generalnie, jego zainteresowanie piłką ograniczało się do oglądania w telewizji spotkań reprezentacji - ale też raczej tylko tych eliminacyjnych - i psioczenia na kolejnych selekcjonerów (których nazwisk zresztą zwykle nie kojarzył). Taki typowy janusz (choć tak naprawdę na imię mu inaczej). Na Stamford Bridge był nasz bohater raz. Nie, żeby na meczu. Ot, przypadkiem gościł w Londynie, więc pozwiedzał sobie stadion. Zresztą, jakiekolwiek inne wizyty były mu niepotrzebne, bo w jego mniemaniu między oglądaniem meczu na stadionie, a przed telewizorem nie ma różnicy. I tak oto ten wielki fan The Blues przyłaził do pracy, pomstował na jakieś gole, których podobno nie było;) i puszył się jak paw po każdym zwycięstwie Chelsea. (cdn) 2009/04/26 23:22:08
(cd)
Nie potrafię określić, ile meczów w sezonie czyni z kogoś kibica. Sam uważam się za kibica Cracovii, mimo że na Kałuży bywam jakieś dwadzieścia razy rzadziej, niżbym chciał. Ale co zrobić? Spod domu na stadion Pasów mam dokładnie 444 kilometry... Zresztą, czy takie rozgraniczenie ma sens? Albo jesteś kibicem, albo nie. Albo trzymasz ze swoim klubem, albo z tym, który akurat jest na topie. 2009/04/27 01:37:07
@albiceleste10
Co do socios, tez sie z tym zgodze ze tacy prezesi to delikatnie mowiac niezbyt dobrze wrozu danemu klubowi. Zaznaczylem ze tacy prezesi to nic dobrego dla klubu. No ale kazdy system ma wady. Jednak dale dla mnie socios nie przekonuja bo co jakis czas zmiana preseza/polityki klubu tez nie pomaga. No to teraz rozumiem, bo szczerze przyznam ze wcześniej zrozumiałem z ten tekst tak że nie można być kibicem klubu nie ze swojej ojczyzny. |
|